Cztery „bez-y”, czyli mentalny komunizm i my u piekła bram

– Panie, nie chce się wierzyć, że po tylu latach ta komusza zaraza wciąż nas zatruwa, w dodatku na tęczowo – powiedział pan Janek do współpasażera.  W przedziale nastąpiło lekkie poruszenie. Pan spod okna po prawej wyprostował się, pan z naprzeciwka niedwuznacznie chrząknął, pani obok, ruda (bez podtekstów) wykrzywiła w grymaście niezadowolenia usta. Tylko siedzący przy drzwiach młody chłopak w rurkach w żaden sposób nie zareagował, pewnie dlatego, że miał słuchawki w uszach i słuchał muzy.

Tak, dobrze myślicie, to literacka fikcja, ale tylko w tym znaczeniu, że nie przytaczam fragmentu rzeczywiście zasłyszanej przeze ze mnie w pociągu rozmowy. A jednak nie jest to fikcja. Bo pan Janek, Ziutek czy Staszek, bądź jakikolwiek inny pan, który wypowiedziałby te słowa (i zapewne wypowiada, choć niekoniecznie w pociągu) – mówiąc wprost i po chłopsku (z racji płci powinnam napisać, że po babsku, ale miałoby to jednak inny wydźwięk, więc zostanę przy „po chłopsku”) – prawdę gada.

To prawda, nie chce się wierzyć, że komusza zaraza wciąż zatruwa. Choć ponowoczesna i żywą czerwień rozszczepiła przez pryzmat czasu na inne barwy: niebieskie, pomarańczowe, fioletowe, czy okrojoną do sześciu diabelską tęczę, a ekonomicznie ubrała się w piórka liberalizmu, to wciąż hołduje trzem „bez-om”: ideologii bez idei, światu bez wartości, człowiekowi bez człowieczeństwa. I co gorsza, znajduje konsumentów tych „bez”.

Tych „bez”, które tworzą mentalny komunizm, z którego wynikają realne działania zmierzające ostatecznie do zniszczenia człowieka i rodziny.

Dla mnie jest to zjawisko zadziwiające. I to podwójnie. Bo – jakkolwiek by to głupio brzmiało – sama się sobie dziwię, że się dziwię. Dlaczego? Bo wiem z własnych badań naukowych (pisałam pracę doktorską o historii psychiatrii w Łodzi w latach 1945-1976 w kontekście uwarunkowań społeczno-politycznych), jak wiele umysłów i to wykształconych, ba, znających się nawet (sic!) na psychiatrii, zostało zatrutych swego czasu komunistyczną ideologią w wydaniu Stalina.

A i tak się dziwię, że dziś – mimo że dostęp do wiedzy o tym, do czego prowadzi mentalny komunizm (niezależnie jak ufarbowany), jest wystarczający, by zrozumieć tkwiące w nim zło – to wciąż znajduje on poklask.

W tym miejscu, w nawiązaniu do pierwszego zdziwienia pozwolę sobie przytoczyć fragment, co prawda nie rozprawy doktorskiej, ale odwołującego się do niej mojego wpisu pt. „Stalin w Tworkach”, jaki opublikowałam dokładnie rok temu na Naszeblogi.pl:

„Przestało być serce wodza ludzkości – wielkiego Stalina” – krzyczał równie wielkimi literami napis nad zdjęciem tegoż wodza. Zdjęciem umieszczonym w czarnej ramce i opublikowanym na łamach, a jakże!, „Neurologii, Neurochirurgii i Psychiatrii Polskiej” – czasopisma naukowego lekarzy od „mózgu i psyche”. A dalej było już tylko gorzej.

Odezwa samego Komitetu Centralnego KPZR do członków partii i ludzi pracy Związku Radzieckiego (jak widać, pod polskie strzechy też trafiła) i odezwa KC PZPR oraz władz państwowych PRL do robotników, chłopów i inteligencji pracującej (lekarze pewnie w tej grupie się załapali). Treści odezw pełnych bólu, cierpienia, żalu, rozpaczy, uwielbienia i wdzięczności oraz zapewnień o dozgonnej pamięci dla wielkiego wodza do końca świata (a nawet jeden dzień dłużej) przytaczać w całości nie trzeba. Bo i tak można się domyślać, że „nieśmiertelne imię Stalina żyć będzie zawsze w sercach narodu radzieckiego i całej postępowej ludzkości”, a ta „cała postępowa ludzkość z najwyższym bólem przyjęła tragiczną wieść o zgonie największego człowieka naszych czasów” („człowieka” było napisane z wielkiej litery, ale sorry, u mnie ten numer przez klawiaturę nie przejdzie), i oczywiście, „szczególnie głęboko i boleśnie przeżywa ten wielki cios naród polski”, gdyż to właśnie Stalinowi zawdzięcza wolność itd. itp.

W sumie to rzeczywiście czasopismo neuropsychiatryczne było jak najbardziej właściwe, by opublikować i w ten sposób skanalizować te bzdury. Przecież pisano w nim o różnych zaburzeniach psychicznych i nie było ryzyka, że lekarze psychiatrzy, znający się na rzeczy, potraktują te lamenty poważnie lub inaczej niż w kategoriach symptomów ciężkich zaburzeń poznawczych.

A jednak niektórzy z nich nie tylko potraktowali to pośmiertne uwielbienie dla „wielkiego wodza” jako najnormalniejszą normalność i oczywistą oczywistość, ale z jeszcze większym zapałem przystąpili na odcinku pracy lekarskiej do wdrażania największych osiągnięć psychiatrii radzieckiej”.

I tu, w nawiązaniu do ogólnej wymowy tego tekstu, pojawia się pytanie – na ile dziś to zjawisko brnięcia w zło – mimo jego oczywistej oczywistości – jakie wynika z trzech „bez”, jest groźne?

Do niedawana – przyznaję, że nieco naiwnie – myślałam, że dopóki dotyczy ono ludzi w wieku powiedzmy 50+, to choćby z racji praw natury i wskazań demografii, można było mieć nadzieję, że zwolennicy “bez” kiedyś przecież wymrą, a młodzieży, urodzonej już w innych (?) czasach, mimo propagandy uda się złu oprzeć.

Ale dziś widzę, że nadzieja nie wystarczy, albowiem mentalni komuniści, szczególnie ci pod tęczową banderą, wzięli się za najmłodsze pokolenie i dokonują ideologicznej ofensywy. Co ciekawe, jak widać po Warszawie, już im nie zależy na wiekowych konsumentach „bez”, o czym świadczy tak bezpardonowe wprowadzenie karty LGBT, na którą środki szybko się znalazły, z jednoczesnym ograniczeniem wydatków na pomoc dla osób starszych.

Im zależy na konsumentach najmłodszych – stąd masowa indoktrynacja w szkołach – i takim ukształtowaniu gustów dzieci, by, gdy dorosną, normą dla nich było to, co dziś jeszcze znaczna część z nas – i słusznie – uważa za nienormalność i w jej propagowaniu dostrzega realne zagrożenie dla Polski i rodziny.

Przyznam, że gdy o tym pomyślę, to mam wrażenie, że stoimy u piekła bram i walimy w nie pięściami.

Ale piekło już stoi otworem i czeka, jak zrobimy jeszcze tylko krok: piekło życia w pseudowolności od wszelkich norm, od odpowiedzialności za siebie nawzajem i następne pokolenia, piekło koncentracji na doraźności, jednorazowości, chwilowości, także związków i relacji, piekło nienawiści do życia, traktowania nienarodzonych dzieci jako odpadków, aborcjonistki jako święte, piekło gloryfikowania dewiacji i wywyższania ich do rangi nowej, świeckiej religii, piekło odwróconych wartości, podciętych korzeni wiary i wyzucia z poczucia narodowej dumy na rzecz nowego internacjonalizmu, piekło anarchii różnorodności i przymusowej ideologicznej jedności pod tęczową banderą.

I co ważne, i szczególnie niebezpieczne – to wszystko zostanie „osłodzone” czwartą z „bez”bez-wolnością słowa pod pretekstem zarzutu stosowania mowy nienawiści.

Do czego to doprowadzi? Do tego, że ostatecznie każdy będzie się bał każdego, nikt nie będzie nikomu ufał, każdy każdego będzie oszukiwał, a wszystkimi będzie można dowolnie manipulować.

Czy to jest najgorsze? Nie. Najgorsze jest to, że jeszcze krok i uznamy to za normalność.

Czy jesteśmy w stanie temu zapobiec?

One Reply to “Cztery „bez-y”, czyli mentalny komunizm i my u piekła bram”

Dodaj komentarz