Jajniki górą? Czyli kto wyżej czego nie podskoczy

Było to 20 lat temu. Kilka osób, poważne miejsce – ministerstwo zdrowia, gabinet jednego z podsekretarzy stanu i poważne rozmowy o bieżących problemach. W pewnym momencie zeszło nam na sprawy równości płci. Powodu dokładnie nie pamiętam (może chodziło o jakieś rozporządzenie?), gdy ktoś, nazwiska też nie pamiętam, ale była to kobieta,  zapytał mnie: – Rozumiem, że jesteś za równością kobiet i mężczyzn? równość

Pytanie było zadane spokojnym i przyjaznym tonem, wręcz z uśmiechem na ustach. Więc ja także, w spokojnym i przyjaznym tonie i z uśmiechem na ustach, odpowiedziałam krótko: NIE. Chwila ciszy, ledwie dostrzegalny grymas przemknął przez twarz pytającej, ale po chwili padło drugie, całkiem rozsądne pytanie: – Dlaczego nie? Odparłam: – Bo nie chcę zniżać się do poziomu mężczyzny.

Cała ta „rozmówka” zakończyła się krótką salwą śmiechu, a potem zajęliśmy się znowu rzeczywiście ważnymi sprawami.

Dlaczego o tym piszę? równość

Bo przeżyłam. Tak, przeżyłam swoją odpowiedź „nie” i nie spotkała mnie wówczas ze strony pytającej kobiety o nastawieniu zdecydowanie równościowym żadna agresywna reakcja. Teraz bym nie przeżyła. Teraz samo pytanie byłoby jak cios w głowę – już swym napastliwym tonem nieznoszącym sprzeciwu mogłoby mnie zabić. A już na pewno nie przeżyłabym odpowiedzi „nie”. Bo teraz feministki używają parasolek i celują ich ostry koniec prosto między oczy, często na chybił trafił, nie dając żadnej szansy odpowiedzieć na drugie pytanie: dlaczego nie?

Oczywiście, że wówczas moja odpowiedź o niechęci do zniżania się do poziomu mężczyzny była przewrotna, a jakże! I taka miała być. Dlaczego?

Dlatego, że problem tkwi w samym pytaniu o równość płci. I nie chodzi tu o równość wobec prawa, ale równość biologiczną i kulturową. Bez uwzględnienia kontekstu pytania nie można, nie narażając się na zaszufladkowanie, odpowiedzieć inaczej niż przewrotnie.

A dziś szufladki są dwie…

Jeśli kobieta odpowie, że oczywiście jest za równością zawsze, wszędzie i we wszystkim i jeszcze pomacha parasolką, trafi do szufladki z napisem: nawiedzona feministka lub nawet feminazistka – z wszystkimi innymi mniej lub bardziej (nie)przyjemnymi przymiotnikami (wszystko zależy od preferencji).

Jak odpowie, że nie jest i nie doda żadnego rozładowującego napięcie komentarza (bo nie miała szansy, gdyż padła od przysłowiowej już parasolki), trafia do szufladki (a może już do trumny?) z napisem: pisowska moherówa – wersja polityczna lub zacofana katolibanka – wersja ideologiczna. A potem pojawi się wiele dodatkowych przymiotników (nie będę używać wulgarnych słów). No i w ten sposób mamy tylko dwie szufladki, a poza tym cała komoda możliwości – by kontynuować tę meblową metaforę – jest przeraźliwe pusta. I dopiero przewrotność odpowiedzi, ta próba rozładowania napięcia, pozwala na zachowanie dystansu do obu skrajności i umieszczenie pytania w kontekście.

A tych kontekstów może być wiele. Jak choćby kwestia wykonywania niektórych zawodów, gdzie istotne znaczenie mają predyspozycje zależne od naszej biologii. I tak np. mamy strażaków i przedszkolanki, pilotów i pielęgniarki itd. Oczywiście genderowe feministki powiedzą, że te role zawodowe wynikają z kontekstu kulturowego i wychowania. I gdy chłopiec będzie się od najmłodszych lat bawić lalką, a dziewczynka autkiem, to kultura zrówna naturę, czyli sprowadzi do normalności.

Ale to nieprawda… równość

Ona ją tylko lub aż wynaturzy. Czy chcemy, czy nie chcemy, jesteśmy zdeterminowani biologicznie i żadne „dżender” tu nie pomoże. Mówiąc wprost, wyżej jajników kobieta nie podskoczy. Ale też żaden facet nie podskoczy wyżej jaj.

O tym, że biologia różnicuje i wyznacza granice, wie każdy lekarz. Drobny, ale jeden z wielu przykładów. Ileż to norm w medycynie jest innych dla kobiet i mężczyzn? Żeby rzec kolokwialnie – cała masa. Hm ciekawe, czy kiedyś, w szale zrównywania wszystkiego ze wszystkim, ktoś – jakiś femin lub femina – wpadnie na „genialny” pomysł w swej prostocie, by uśrednić te normy? Bo niby dlaczego kobieta ma mieć nie więcej jak 15,5 g/dl hemoglobiny, a mężczyzna może jej mieć nawet 17,5 g/dl? Przecież to niesprawiedliwe! Albo dlaczego kobieta może mieć „tylko” 4,3 litra pojemności życiowej płuc, a mężczyzna aż 5,8 litra! Zgroza! Albo dlaczego kobieta ma mieć większe o 10 proc. ciało modzelowate w mózgu niż tożsame w mózgu mężczyzny! Ale, ale, ktoś roztropny powinien teraz zapytać: A to źle, że kobieta ma większe to coś modzelowate? Oczywiście, że nie! Wręcz przeciwnie – bardzo dobrze! Tak jak nie jest źle, że ma mniej hemoglobiny i mniejsze płuca. Powiem więcej, to jest właśnie normalne. Bo kobieta i mężczyzna są biologicznie różni, a część musi pasować do całości, by ta działa jak trzeba. Co wcale nie oznacza, że jedno jest mniej wartościowe od drugiego. I wcale nie oznacza, że tylko biologia nas determinuje. równość

Myślę, że to, o co…

…należy się starać, to nie jakieś sztuczne zacieranie wynikających natury różnic, np. – mówiąc metaforycznie – kobiecie dajemy drabinę i młotek, by przebiła „szklany sufit” w męskich zawodach, ale za to niech pracuje do 67 lat, skoro taka równa. To, o co należy walczyć, to zrozumienie i wzajemny szacunek dla różnic płci i docenianie ich odmiennej roli w kształtowaniu relacji społecznych.

Wracając jednak do zawodów, ja wolałabym, aby z pożaru (co nie daj Boże) wynosił mnie silny i zdecydowany strażak-mężczyzna, a opatrunek zmieniała troskliwa i cierpliwa pielęgniarka-kobieta. Dlaczego? Bo czułabym się bezpieczniej, że każdy jest na swoim miejscu, w którym jak najlepiej wykorzystuje swój potencjał i naturalne przymioty ciała, serca i umysłu. Choć zdarzają się wyjątki, ale jak sam nazwa wskazuje – wyjątek to wyjątek. Nie reguła. równość

Hm, a co w takim razie z lekarzami i lekarkami? Trudna sprawa. Zawód lekarza, kiedyś typowo męski, w ciągu ostatnich dziesięcioleci bardzo się sfeminizował. Skutki tego oceniane są rożnie. Kiedyś do tematu wrócę. Teraz przytoczę tylko pewien paradoks. W PRL przy przyjęciu na studia medyczne nie tylko stosowano dodatkowe punkty za pochodzenie robotniczo-chłopskie, ale od pewnego momentu był też na lekarskim parytet miejsc: po połowie dla dziewczyn i chłopaków. Podczas jednego z naborów na Akademię Medyczną w Łodzi, a były wówczas egzaminy, wystąpiła ciekawa sytuacja – chłopaki dostawali się z niższą liczbą punktów niż dziewczyny. Dlaczego? Dlatego, że wśród dziewczyn był wyższy poziom na egzaminie i pułap minimalnej liczby punktów był ustawiony wyżej. Niejedna wówczas, która się nie dostała, bo była dziewczyną, dostałaby się z palcem w nosie, gdyby była chłopakiem, albowiem różnica wynosiła aż 8 punktów (na 150). I tak oto sztywny parytet 50:50 spowodował przewrotnie, że w ramach różnicy 8 punktów przyjęto gorszych chłopaków zamiast lepszych dziewczyn, gdyż te miały większą wewnętrzną konkurencję.

Wybaczcie, ale… równość

…przytoczę jeszcze jedną, osobistą historię. Wybierając się na medycynę, szłam z myślą, że będę chirurgiem. No cóż, bardzo chciałam wykonywać tę męską specjalizację. Będąc na piątym roku, zaczęłam sondować, gdzie by tu w przyszłości starać się o pracę. Poszłam na jeden, drugi, trzeci oddział zapytać ordynatora każdego z nich, czy mnie przyjmie, bym mogła robić specjalizację z wymarzonej chirurgii. Pierwszy odparł, że nie, bo ma komplet na najbliższe dziesięć lat. Drugi, że nie, bo właśnie kogoś przyjął i też mu wystarczy. Tylko trzeci z ordynatorów powiedział prosto z mostu: „Nie przyjmę, bo jest pani kobietą, a ja stawiam na męski zespół. Tu trzeba stać przy zabiegach wiele godzin, świątek piątek, w dzień i w nocy, niezależnie od tego, czy jest się przed, po, czy w trakcie. A kobieta to kobieta, sama pani dobrze wie – ma jajniki”.

Pamiętam to, jak dziś. I z perspektywy czasu uważam, że nawet miał rację. Ale najzabawniejsze jest to, że tak całkiem to się mnie nie pozbył. Choć chirurgiem nie zostałam, tylko internistą, to z chirurgiem się związałam. Mianowicie wyszłam za mąż za chirurga i to właśnie pracującego na oddziale u tegoż ordynatora. No cóż, kobieta to kobieta! Więc jajniki górą!