Jeśli wszedłeś między wrony, musisz (?) krakać jak one

Chodziło o cipkę. A dokładniej o słowo „cipka”, jakiego użyłam w jednym z tłitów, komentując przejście posła Protasiewicza, członka Unii Europejskich Demokratów, do Nowoczesnej.

Ta kuriozalna sytuacja wypożyczenia posła, powiedzmy wprost – kwalifikująca się do miana politycznej prostytucji, zasłużyła nawet na ostrzejszy komentarz, niż tylko ten, na jaki się zdobyłam publicznie (tłit obok). A jednak komuś mój w sumie dość łagodny, jak na sytuację, komentarz się nie spodobał, bo doniósł na mnie do Izby Lekarskiej, że używam na Twitterze słów wulgarnych, czyli rzeczonej „cipki”, co ponoć nie przystoi lekarzowi. No i jak ten ktoś doniósł, to miałam w izbie malutki dywanik.

Ja wiem, że jestem tylko zwykłym internistą, a nie ginekologiem, więc pewnie na cipkach (szczególnie nowoczesnych) dobrze się nie znam i nie rozróżniam, gdzie kończy się ich przyzwoitość, a zaczyna vulgaris. I nawet też rozumiem, że na dywaniku pouczył mnie o tym, co wolno wojewodzie, kolega lekarz, który, będąc dla odmiany urologiem, jak mało kto zna się na członkach. Ale czy rzeczywiście chodziło o słowo, które przecież, jak podaje Słownik Języka Polskiego, jest tylko li wyłącznie pieszczotliwym określeniem “małej kury, drobnej kobiety lub żeńskiego organu moczowo-płciowym”, a nie jakimś wulgaryzmem? Myślę, że nie. Myślę, że donosicielowi chodziło o politykę, o to, że są cipki słuszne i niesłuszne, prawe i lewe, i że gdybym użyła tego słowa, komentując jakieś zachowanie polityków PiS, byłaby to cipka słuszna, ale skoro użyłam go wobec nowoczesnych, więc jest niesłuszna.

Myślę, bo pewności nie mam, albowiem jak za dawnych „dobrych czasów” słusznej, aczkolwiek minionej (choć tak nam się tylko wydaje, bo jej popłuczyny wciąż są żywe) epoki, donos na mnie był anonimowy – oczywiście dla mnie. I na dokładkę wzięta byłam na dywanik znienacka, w miłej przedświątecznej atmosferze, więc mowę mi zaiste wówczas odebrało.

Ale już ją odzyskałam i dlatego teraz do tego wracam. Ale nie po to, by się użalać nad sobą, co to, to nie. Ale by zadać – już na poważnie – bardzo ważne pytanie.

Co wolno pisać publicznie osobom, które, tak jak ja, należą do pewnej określonej korporacji zawodowej, która powinna dbać o swoje dobre imię, a słowa, jak wiadomo, ważą i ciążą? Mówiąc inaczej, gdzie kończy się moja wolność słowa, moja – czyli elementu tej korporacji, zobowiązanego poprzez przepisy i etykę do dbałości o rzeczone imię, a gdzie zaczyna się cenzura środowiskowa i czy w ogóle powinna się zaczynać?

Pytanie to nie jest banalne i nie dotyczy tylko lekarzy, ale także sędziów i innych zawodów zaufania publicznego – choćby tylko z nazwy. I wcale nie chodzi mi o, w sumie, śmieszną kwestię właściwości czy niewłaściwości słowa pod względem dobrego smaku, ale o treść wypowiedzi, szczególnie gdy dotyczy ona krytyki lub choćby braku wyraźniej aprobaty dla działań własnego środowiska. Rzeczony tłit akurat nie jest tego dobrym przykładem, bo była to tylko prześmiewcza krytyka polityczna, więc podam inny. Także z własnego podwórka.

Jakiś czas temu popełniłam na łamach „Panaceum” – gazety wydawanej przez Okręgową Izbę lekarską w Łodzi – tekst, w którym skrytykowałam zachowanie się polskiej delegacji lekarzy na 207. Sesji Zgromadzenia Ogólnego Światowego Stowarzyszenia Lekarzy w Chicago w 2017 r. Polska delegacja zaproponowała wówczas szacownemu gremium światowemu przyjęcie nadzwyczajnej rezolucji w sprawie sytuacji w polskiej służbie zdrowia. Rezolucję tę określiłam, że „jest de facto jawnym dowodem donosu na Polskę, jakiego dokonali nasi koledzy lekarze i, moim zdaniem, kładzie się cieniem na nasz samorząd”. Przypomnę, że gdy była przyjmowana ta rezolucja, to w Polce był gorący czas różnych protestów, KOD-u, donosów na Polskę, „ulicy i zagranicy”.

Rzeczony tekst po pierwsze został przez Redakcję “Panaceum” ocenzurowany (dlaczego, to zostało wyjaśnione w słowie od Redakcji pod tekstem, który zamieściłam obok) i ukazał się w części, a po drugie – wywołał niezadowolenie moich kolegów z izby, którzy potraktowali go, jako działanie wbrew interesom środowiska. Podobne niezadowolenie wywoływały moje, tym razem czysto informacyjne teksty, dotyczące strajku lekarzy, jaki miał miejsce w Łodzi, a publikowane w Gazecie Polskiej Codziennie Dodatek Łódzki.

Dlaczego? Dlatego, że nie wsparłam strajku lekarzy, czemu dawałam wyraz w rozmowach podczas różnych spotkań. Moje stanowisko było jasne, zgadzałam się z wieloma postulatami wyrażanymi przez lekarzy i inne środowiska pracownicze w służbie zdrowia, ale nie ze strajkiem. I okazało się, że po raz kolejny poszłam pod prąd swojemu środowisku, w dodatku wyrażając opinię publicznie.

Tu przypomniała mi się historia sprzed około osiemnastu lat, więc szmat czasu temu. Z jakiegoś powodu, już tego nie pamiętam, zadzwoniła do mnie dziennikarka, o zgrozo, z Gazety Wyborczej, i zapytała, co myślę o łapówkarstwie wśród lekarzy. Odpowiedziałam wówczas mniej więcej tak: Jedna trzecia lekarzy nie bierze i nigdy nie brała, bo ma takie zasady, jedna trzecia bierze, bo mało zarabia, i ta przestanie, jak się poprawią wynagrodzenia, a jedna trzecia bierze i będzie brała zawsze – i ta, by coś się zmieniło, musi wymrzeć. Nigdy wcześniej ani nigdy potem nie miałam takiego hejtu, wówczas na szczęście tylko sms-owego. Dlaczego mnie zhejtowano? Czy dlatego, że była to – przyznaję – dość ostra wypowiedź? Czy dlatego, że o tym problemie – który, jak wiemy, jest (choć w rzeczywistości jego rozmiarów nie znamy, a ta “jedna trzecia” była raczej metaforyczna) – się nie mówi i wielu uważa, że mówić nie powinno? Tylko że to milczenie środowiska rzuca cień.

Ale swoje cienie ma wiele środowisk, od których oczekuje się szczególnego etycznego zachowania, wręcz doskonałości. Są to nie tylko lekarze, ale także sędziowie czy księża. Każda z tych grup boryka się ze swoim cieniem grzechów, a te najczęściej przypominają i wypominają im zwykli, nie należący do danej grupy, ludzie. Czasem bardzo boleśnie. 

I tu znowu dotykam pytania, tym razem o solidarność środowiskową, która z jednej strony jest potrzebna, by budować etos i wspólnotę celów, ale z drugiej – źle pojęta – może stać się destruktorem tego etosu i kagańcem na niezależności w wyrażaniu poglądów, także na sprawy żywotnie tego środowiska dotyczące i często bolesne. Jak krytykować swoich, by nie być posądzonym o nielojalność, jak się nie zgadzać, by zostać jednak usłyszanym, a nie stłamszonym pozorną, czasem wręcz szkodliwą jednomyślnością? Na ten moment nasuwa mi się jedna odpowiedź – przede wszystkim krytykować w dobrej intencji. Choć i to otwiera pole do pytań i dyskusji, co nią jest. Czy wystarczy, by była nią – tylko i aż – wolność słowa i niezależność? Czy potrzeba czegoś więcej? Np. szczerej chęci wysprzątania z cieni?

I w tym kontekście przynależność do grupy o określonej tożsamości zawodowej – lekarze, sędziowie, księża nawet itd. – stanowi jednak pewien problem. Jest nim środowiskowa presja, która powoduje, że nawet jak się widzi nieprawidłowości, to się co najmniej milczy, a wręcz wpasowuje swoje poglądy w środowiskową narrację, zgodnie z zasadą – jeśli wszedłeś między wrony, musisz krakać tak jak one. A jeśli się nie milczy i jest się w zdecydowanej mniejszości (choć z racji milczenia wielu, może to być tylko iluzja), to naraża się na bycie outsiderem. I, co tu dużo kryć, pewną samotność.

Patrząc w tym kontekście na to, co się dzieje teraz z sędziami, poniekąd rozumiem, skąd to milczenie wielu wobec nieprawości, jakie są w sądownictwie, milczenie, które daje dobre tło dla hałasu tych, wydaje się wówczas licznych, którzy dla walki z, jak to określają, państwem PiS, nie chcą żadnych zmian. Poniekąd rozumiem, bo presja środowiskowa może być przytłaczająca. I jeśli się nie ma się czegoś innego „w zapasie” – innego sposobu na życie, jakiejś odskoczni, przede wszystkim jednak mocnego kręgosłupa i umiejętności spełniania się poza głównym nurtem, to nie każdy jest w stanie ją unieść i się jej sprzeciwić. A wówczas się kracze, jak reszta.

Wracając jednak do pytania, gdzie kończy się wolność słowa członka jakiejś grupy, a zaczyna grupowa cenzura, odpowiadam, że, biorąc pod uwagę moją osobistą sytuację, jeszcze do końca tego nie wiem.

I to, czego sobie życzę na Nowy Rok 2019, to siły, by unieść ciężar niezależności, która mi się marzy. W dobrej intencji oczywiście. A krakać, jak ta wrona, po prostu nie lubię.


PS. Te wrony to mnie chyba prześladują od dzieciństwa, nawet napisałam kiedyś pewien tekścik-bajeczkę pt. “O tym, dlaczego wrony powinny leczyć dziewczynki“. Jak się okazuje, kontakt z “wroną” może mieć wpływ na wybór drogi życiowej.   🙂