Łódzka bitwa o in vitro. Akt pierwszy

My in vitro nie oddamy – zapowiadają wiceprezydent Łodzi Adam Wieczorek i przewodnicząca Klubu Radnych SLD Małgorzata Moskwa-Wodnicka. Jak też podają, w Łodzi, dzięki miejskiemu programowi, urodziło się 115 dzieci, w tym 10 par bliźniąt.

Co wywołało tego ducha „ataku przez obronę” miejskich samorządowców, skoro mają swoją prezydent i zdecydowaną przewagę w radzie o liberalno-lewicowych poglądach, więc zabranie in vitro miastu nie grozi, bo i kto miałby to zrobić?

Jak płachta na byka zadziałała na nich informacja, że ze swojego programu in vitro ma ponoć zrezygnować marszałek województwa łódzkiego. A tutaj, jak wiadomo, po ostatnich wyborach przewagę ma PiS o prawicowo-konserwatywnych poglądach, których politycy raczej za in vitro nie optują.

I tu się pojawia dwa razy „raczej”. Raczej nie optują, choć jak dokładnie jest, to do końca jeszcze nie wiadomo, gdyż większość obecnych radnych PiS to sejmikowe pierwiastki, więc i ich poglądy, a właściwe światopoglądy nie są wystarczająco rozkminione. I drugie raczej – to była raczej luźna wypowiedź jednego z radnych o swoim własnym poglądzie na in vitro, co jak wiadomo wspólnego stanowiska klubu PiS w tej sprawie jeszcze nie czyni.

Oczywiście po takim dictum pisowca zaczęły się konferencje lewej strony na temat in vitro, a wodę na młyn puściła też Wyborcza, co, jak wiadomo, ma zagrzać do boju wszelkich wiastów i niewiasty płci różnej w obronie prawa człowieka do in vitro. Czy to dobry moment na takie, jakby nie było ważne z medycznego i etycznego punktu widzenia, dyskusje? Nie sądzę. Czas mamy przedświąteczny, niedługo przełamiemy się opłatkiem i zaśpiewamy „Bóg się rodzi” (choć co zaśpiewa lewa strona, tego już nie wiem), więc zamiast wygaszać negatywne emocje, to się je podgrzewa.

– Z niepokojem obserwujemy to, co dzieje się w Sejmiku Województwa Łódzkiego.  Docierają do nas smutne informacje, że program in vitro od przyszłego roku będzie zawieszony, a właściwie nie będzie kontynuowany po przejęciu władzy przez PiS. Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości nawet nie kryją się z tym, że ważniejsza jest dla nich ideologia, niż pomoc mieszkańcom – mówili na dzisiejszej konferencji Wieczorek i Moskwa-Wodnicka.

I tu trzeba przyznać, że wyszli na tę scenę z przytupem. Nie dość, że obserwują z niepokojem, co w sejmiku pis-zczy i ze smutkiem przyjmują informacje, to jeszcze zarzucają pisowcom, że idą po linii ideologii, a nie pomocy mieszkańcom. Niepokoje i smutek pominę, bo każdy ma prawo do swoich politycznych odczuć, ale nie da się pominąć zarzutu o ideologię. Dlaczego? Dlatego, że jest to zarzut… słuszny, ale wobec obu stron tego potencjalnego sporu. Można więc powiedzieć miejskim samorządowcom – przyganiał kocioł garnkowi.

***

I tu pojawia się ważna kwestia – jak dyskutować o in vitro, by odsiać fakty od fejków, wiedzę od wyobrażeń, twarde dane od śmieciowych? Jak dyskutować, by odpowiedzieć na ważne pytania o celowość stosowania metody, granice etyczne, wreszcie zasadność z punktu widzenia polityki prorodzinnej?  Na pewno nie da się, organizując ad hoc kolejne konfy w duchu propagandy oraz zagrzewania do walki pod hasłem (parafrazuję): wredni pisowcy chcą zabrać kobietom możliwość posiadania dzieci.

Dlaczego takie hasła powinny być od razu odrzucane? Nie ze względu na pisowów, ale ze względu na brak logiki, jaki wykazują w materii polityki rodzinnej lewicowi ideolodzy. Bo z jednej strony krzyczą „nie oddamy in vitro”, a z drugiej, tymi sami ustami, „chcemy aborcji na żądanie”. To jest tak jak z powiedzeniem: „Piłeś? Nie pij. Nie piłeś? Wypij”, które można przełożyć na: „Jesteś w ciąży? Usuń! Nie jesteś – zajdź”, przez in vitro oczywiście. I od razu dodam, absolutnie rozumiem kobiety pragnące dziecka, zdaję sobie sprawę, jakim to może być cierpieniem, gdy w grę wchodzi niepłodność, dlatego mój zarzut nie dotyczy tych kobiet, ale lewicowych ideologów.

Dlaczego? Bo oczekuję, że broniąc in vitro, czyli metody, która przyczynia się do posiadania dziecka, będą też bronić naturalnego poczęcia i odcinać się od aborcji na żądanie, czyli zabijania dziecka już poczętego. A jednak nie. Z jednej strony chcą „przycinać”, z drugiej „dokładać”. I to pokazuje brak konsekwencji takiej polityki ze względu na cel – czyli wzrost dzietności. Ktoś powie, zaraz, zaraz, ale przecież u pisowców jest tak samo, tylko że odwrotnie co do akceptowanych metod!

Otóż nie. Jest zasadnicza różnica – otóż życie naturalnie poczęte już jest, nie potrzeba nic więcej, jak tylko przyjąć je z całą miłością, na jaką nas stać. W tym znaczeniu jest darem: dla wierzących – od Boga, dla niewierzących – od losu. Czasem przychodzi nie w porę? Zwykle tylko tak nam się wydaje, a po latach oceniamy, że to był najwyższy i najlepszy czas na jego przyjście. By powołać życie metodą in vitro potrzeba wykonać wiele obciążających procedur – i tu chylę czoła wobec kobiet, które się na to decydują, bo są one najbardziej obciążone ich skutkami. Ale też by powołać jedno życie metodą in vitro, wiele innych zostaje zamrożonych – dosłownie. I w tym stanie, gdzieś pomiędzy, nigdy nie doczekuje swojej szasny, by powiedzieć – oto jestem, lub ginie jako medyczny odpad.

***

I tak oto od polityki przeszłam trochę do metafizyki. Ale to pokazuje, jak trudna jest dyskusja na ten temat i jak sprowadzanie jej tylko do liczb może być zawodne. Dlatego przytoczę teraz kilka z nich, jakie padły na rzeczonej konfie. I tak do miejskiego programu zakwalifikowało się 598 par, a od początku jego trwania, tj. od 2016 roku, 206 kobiet zaszło w ciążę. W 2017 roku, który był pełnym rokiem realizacji projektu, urodziło się 50 maluchów, w 2018 roku, który jeszcze trwa, na świat przyszło 65 dzieci. Rekordowy pod tym względem ma być 2019 rok. Z wojewódzkiego programu, który trwa rok, urodziło się 14 maluchów.

Te liczby jednak, choć prawdziwe, pokazują tylko jedną stronę medalu. Druga jest taka, że powstało też wiele  zarodków nadliczbowych (ile, tego już propagatorzy programu nie podają). I co z nimi? Skoro tak bardzo raduje nas przyjście na świat 115 dzieci (słusznie, bo dziecko samo w sobie to dar), dlaczego nie smuci nas, że nie przyjdzie co najmniej drugie tyle? Dlaczego przechodzimy nad tym do porządku dziennego, traktując to jako „zło konieczne”, nierozerwalnie związane z metodą? Dlatego, że tak jest prościej – zarodki są w zapasie, niczym części zamienne w magazynie, jak zajdzie potrzeba, to po nie sięgniemy, a jak nie, to tak, jakby ich nie było. I to jest ten element odczłowieczania i dramatu.

Poniżej, by ten dramat zilustrować, zamieszczam wypowiedzi dwóch kobiet, wyrazicielek skrajnie odmiennych postaw wobec in vitro, które doświadczyły niepłodności i zmagały się z problemem:

Katarzyna: (…) Według mojego męża zarodek to tylko komórki, ale dla mnie to cząstka mnie, nas, dlatego nie wyobrażam sobie, abym mogła zgodzić się na zamrożenie. Wiem, że często zarodki tego nie przeżywają, więc jak mogę świadomie na to przyzwolić? I co z resztą zarodków? Oddać do adopcji i żyć ze świadomością, że gdzieś w świecie żyje nasze dziecko, którego nigdy nie poznam? (…)

Agata:  (…) Ja nigdy nie miałam dylematów moralnych. Ja i mąż uważamy, że skoro nie udaje się naturalnie zajść w ciążę, a medycyna dysponuje metodami, by w tym pomóc, to trzeba się cieszyć, a nie komplikować sobie życie oporami natury moralnej lub religijnej. Po co roztrząsać, co dzieje się z zamrożonymi zarodkami, co zrobić z tymi nadliczbowymi? (…)

Czy można pogodzić te dwie, tak skrajne postawy wobec in vitro? Być może tak. Ale tylko wtedy, jeśli się wspólnie uzna, że celem nie może być tylko i wyłącznie zaspokojenie potrzeby posiadania dziecka przy pomocy medycyny, ale że to zaspokojenie powinno iść jednak w parze z etyką. I nawet nie chodzi o etykę wynikającą z wiary, ale po prostu o etykę wynikającą z faktu, że jesteśmy ludźmi i szanujemy ludzkie życie. Jak to rozwiązać? Pod względem medycznym należałoby postawić na metodę, przy której nie powstają nadliczbowe zarodki lub implantować wszystkie. O szczegółach i ograniczeniach z tym związanych może powrócę w którym z następnych wpisów.

Oczywiście, że dla niektórych metoda in vitro jest nie do przyjęcia nie tylko dlatego, że mamy nadliczbowe zarodki, tylko co do zasady, szczególnie wtedy, gdy wiąże się z manipulacją genetyczną i preselekcją. Ale tam, gdzie nie ma mowy o inżynierii genetycznej, być może jest możliwy do osiągnięcia pewien konsensus. Ale wymagałby właśnie odideologizowania in vitro, natomiast oparcia się na wiedzy medycznej i etyce łącznie.

***

Tylko czy de facto konsensus kogokolwiek zadowoli? Patrząc na dyskusję wokół aborcji, można mieć wątpliwości. Przez wielu obecny kompromis aborcyjny jest uznawany jako „zgniły kompromis” i każda ze stron chce przeciągnąć prawo na swoją stronę. I ta walka o życie toczy się na śmierć i życie.

Tak też pewnie będzie się toczyć bitwa o in vitro w Łodzi. I nie musi to być wcale bitwa lokalna. Już na dzisiejszej konfie Wieczorek i Moskwa-Wodnicka stwierdzili, że widzą, jakie jest nastawienie do in vitro w rządzie – czytaj: negatywne. Dodali też, że in vitro w Łodzi nigdy nie było i nigdy nie będzie zagrożone, „chyba, że ktoś z zewnątrz, na przykład władza rządowa, będzie chciał ten program zlikwidować bądź zakazać”. Rzucili się też na nowego Rzecznika Praw Dziecka, mówiąc, że Mikołaj Pawlak przedstawił informacje, że in vitro jest niegodziwą metodą.

Tak więc akt pierwszy tej bitwy już za nami, akt drugi będzie się rozgrywał pewnie tuż po świętach Bożego Narodzenia, a akt trzeci, ze sceną kulminacyjną – podczas procedowania budżetu samorządu województwa na styczniowej sesji budżetowej.

I to wówczas się okaże, kto rozbije się o szkło.