Oddział bez nadziei
Varia

Oddział bez nadziei

Oddział sprawiał przygnębiające wrażenie. Długi, wąski korytarz, szaro-brudne ściany i te mdlące zapachy – mieszanina starości, środków dezynfekujących, moczu i szpitalnego obiadu.

A jednak nie to było najgorsze, ale wszechogarniające poczucie beznadziei. Zupełnie jakby nikt z leżących tu chorych nie zadawał sobie już pytania – wyjdę stąd czy wyjadę przykryty prześcieradłem? Jakby wszystkim było wszystko jedno. Jakby każdy wiedział.

Na sali nr 3 leżały cztery kobiety, każda powyżej 80 lat, każda z bogatą historią chorób, a pewnie też życiowych doświadczeń, z których i tak nikt już nie chciał korzystać. Każda przez cały dzień wpatrzona w drzwi wejściowe do swojej sali, bo ktoś wpadł na „genialny” pomysł, by łóżka, a dokładniej ich wezgłowia, ustawić tyłem do okna.

A to właśnie za nim widać było jeszcze kawałek normalności – piękną, soczystą zieleń drzew, kołyszące się gałęzie i tańczące na wietrze liście, migotanie między nimi promieni letniego słońca. Było widać, ale te kobiety nie miały szansy, by to zobaczyć.

Jedynie mogły pocieszyć się nędzną namiastką tego widoku – tańczącymi na ścianie milczącymi cieniami tychże drzew i liści. Milczącymi jak one.

Bo takie ustawienie łóżek, w dodatku głowa jednego prawie dotykała nóg drugiego nie sprzyjało jakiejkolwiek rozmowie. Choćby i pozbawionej sensu – bo demencja, a jednak mającej sens – bo dającej poczucie istnienia kogoś tuż obok.

Więc tak leżały – milczące, samotne, coraz bardziej zapadające się w swój świat, zobojętniałe nawet na okradanie ich z resztek godności.

Leżały w przekrzywionych pampersach, w przykrótkich koszulkach, obnażone. Łóżko jednej z kobiet stało dokładnie na wprost drzwi wejściowych do sali. Wchodząc tu, nie sposób było zdążyć spuścić wzrok, by choć w ten sposób oddać pacjentce tę odrobinę intymności i nie zawstydzać jej jeszcze bardziej.

W sali były tylko łóżka i przyłóżkowe szafki. Żadnego krzesła dla odwiedzających, jakby nie chciano, by ktokolwiek chore odwiedzał, a jak już przyszedł, to by sobie jak najszybciej poszedł. I wychodził – z wyraźną ulgą, że nie musi tu zostać. I niektórzy przychodzili więc coraz rzadziej. Czasem kobiety wołały swoich bliskich po imieniu i trudno było odgadnąć, czy wołają żywych, czy zmarłych, którzy ciągną je już ku sobie – do innego świata.

Wołały też, że chcą pić, wołały cicho, a jednak zdawało się, że aż krzyczą przyduszonym szeptem. Może z bezsilności? Wołały, bo dzwonków przy łóżkach nie miały. Bo może nie mając czym zabić czasu, zabijałyby go ciągłym dzwonieniem?

Pewnego popołudnia kobieta z łóżka na przeciwko drzwi wejściowych bardzo chciała wstać, zupełnie jakby poczuła w sobie jakąś nową siłę, która mówiła jej „wstań i chodź ze mną”. Prosiła o opuszczenie barierki, wierciła się, chciała uwolnić się od kroplówki. Aż uwolniła się od tego życia-nieżycia. Poszła za głosem i jeszcze tego samego wieczora zmarła.

I tylko szkoda, że dopiero zarzucone na nią po śmierci prześcieradło przywróciło jej ludzką godność. Intymność wreszcie mogła pod nim znaleźć schronienie.

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, blogerka, pisarka.

%d bloggers like this: