Opowieść powigilijna: prezenty radosne i te okrutne

Wyczekiwana książka, ulubione perfumy, bilet na koncert ulubionego zespołu, a może niechciana piżama z flaneli, choć ciepła i praktyczna to jakże mało romantyczna, albo pięćdziesiąty piąty krawat do nudnej kolekcji krawatów lub jeszcze nudniejsze wełniane skarpety? Po Wigilii, gdy w większości domów przychodzi czas na rozpakowanie prezentów, wzniósł się już niejeden okrzyk radości i w powietrzu złowrogo zawisło niejedno milczące niezadowolenie.

Szczęściarzami są ci, którzy nie musieli tej radości udawać, bo dostali na gwiazdkę to, o czym marzyli lub bardziej przyziemnie – po prostu to, co chcieli.  Choćby nawet to był drobiazg, ale ofiarowany od bliskiej osoby, która poświęciła trochę czasu na zastanowienie się, jaki sprawić podarunek – raduje. I dobrze, bo od tego są prezenty.

Inni, jako że są dobrze wychowani i nie lubią komuś sprawiać przykrości, też się „ucieszyli”, ale inaczej – ot tak, pokazując szeroki uśmiech, grzecznie dziękując i nic ponadto. Uznali, że prezent może i nie trafia w samo serce, czyli „nie powala”, ale przynajmniej dołączy do niesprawiających ani kłopotu, ani zwodu „przydasiów”.

Ale byli też i tacy, u których uśmiech zapewne bardziej przypomniał grymas niezadowolenia niż radości, a przez niejedną głowę przemknęła myśl: znowu to samo!, prowadząca do zniechęcenia i kwaśniej miny na resztę świątecznego wieczoru. Ciekawe, czy poza dziećmi, które potrafią być w swych reakcjach szczere, aż do bólu, znalazł się jakiś dorosły, który powiedział wprost – sorry, ale nie podoba mi się ten prezent? Nie sądzę.

U mnie w tym roku, na szczęście, prezenty okazały się strzałem w dziesiątkę. Skromne, bo tak się umówiliśmy, stanowiły odczytanie oczekiwań, co było tym milsze, że miały być one niespodzianką. Dlaczego się udało? Bo rozmawiając o przygotowaniach do świąt, wsłuchiwaliśmy się w to, co mówiliśmy do siebie, wyłapując „podprogowy” przekaz, czegóż to byśmy chcieli i co ważne, czego na pewno nie chcemy.

Bo niechciany prezent nie tylko nie przynosi radości, ale jeszcze może ranić. Bo jeśli mąż daje żonie kolejny karnet na siłownię, z przytykiem w głosie, że może wreszcie uda jej się w nowym roku schudnąć, to będąc już po wielu dniach gotowania i próbowania, pierwszej części wieczerzy wigilijnej i mając perspektywę dwóch dni świąt, z pewnością obfitujących w pyszne jedzenie, na takie dictum męża nie zostaje żonie nic, tylko się pochlastać, a przynajmniej upić.

Dla niektórych jednak problem z prezentami bywa jeszcze inny – taki, że ich w ogóle nie otrzymują. Nikt o nich nie myśli, spędzają samotnie święta w domu lub nawet w szpitalu – bo wszyscy bliscy już odeszli, lub zostali przez nich porzuceni i zapomniani przez świat. Przy uświadomieniu sobie tego bezmiaru samotności tych ludzi, jakże banalne wydają nam się nasze fochy, że dostaliśmy nie to, nie takie, nie za tyle.

I jest jeszcze jeden problem. Są też „prezenty” okrutne, które pamięta się całe życie i  wspomnienie o nich jest jak cierń w sercu. To takie podarunki, które mają być karą, a nawet zemstą.

Kiedyś jeden z pacjentów opowiedział mi taką oto swoją historię. Pan Bogdan, bo tak miał na imię, był najstarszy z trójki braci. Wychowywał się w małym miasteczku, w dość biednej rodzinie, ale na bieżące utrzymanie i przygotowanie świąt jakoś im starczało. Jego ojciec był magazynierem, a matka krawcową. Chłopcy jak to chłopcy, psocili, i nie raz im się za to oberwało: a to ojciec wytargał za uszy, a to matka zdzieliła przez tyłek ścierką – mówił pan Bogdan – ale nie było w tym nic strasznego. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, gdy pan Bogdan miał 12 lat, podczas jednej z zabaw najmłodszy z braci, ulubieniec rodziców, stłukł jakąś figurkę, która była dla ojca niezwykle ważna, i zrzucił całą winą na najstarszego Bogdana. Ten nie oponował, licząc, że ojciec po prostu wytarga go za ucho i będzie po sprawie. I srogo się rozczarował. Gdy ojciec się dowiedział, spojrzał tylko na syna i wycedził słowa: jeszcze mnie popamiętasz. Zabrzmiało to złowrogo, ale po paru dniach poszło w niepamięć. Gdy nadeszła wyczekiwana Wigilia, wszyscy połamali się opłatkiem i usiedli do stołu, a po kolacji, jak zwykle, czekały na braci skromne paczki. Chłopcy zaczęli je niecierpliwie rozpakowywać – były w nich słodycze, które można było kupić tylko w okresie przedświątecznym, pomarańcze kubańskie, najmłodszy dostał jeszcze drewniane autko, średni kredki. I jakież było zaskoczenie, gdy swoją paczkę odpakował najstarszy Bogdan. W jego pakunku nie było ani słodyczy, ani zabawek, nic z tych rzeczy, tylko… dwa kamienie. Tego momentu pan Bogdan nie zapomniał nigdy, tak jak na zawsze zapamiętał twarz ojca – ten grymas satysfakcji, że udało się dopiec synowi i grobowe milczenie matki. Po tym wydarzeniu już nigdy w domu nie było tak samo, i – jak to określił mój pacjent – jego serce w stosunku do rodziców w ten jeden wieczór skamieniało.

W tej całej historii jednak najtragiczniejsze jest to, że nawet jako dorosły człowiek pan Bogdan nigdy swoim rodzicom nie wybaczył i ten brak przebaczenia ciążył mu na sercu – jak kamień.

Dbajmy więc o to, co dajemy bliskim w prezencie. Bo w każdym dajemy też cząstkę siebie – oby tę lepszą.

One Reply to “Opowieść powigilijna: prezenty radosne i te okrutne”

Dodaj komentarz