Pięć powodów, dla których nie warto chodzić po doktorach, więc…

Żyjesz szybko, w stresie, jedząc byle co i byle jak, niedosypiasz, a w dodatku twoja aktywność fizyczna ogranicza się do klikania komputerową myszką lub, co gorsza, podnoszenia kieliszka z alkoholem, bo przecież jakoś musisz się przynajmniej w weekend zrelaksować. No i, niestety, nie jesteś cyborgiem: masz mózg, serce, płuca, wątrobę, nerki i cały szereg innych, żywych (jeszcze) narządów, które mogą sprawić problemy. 
I to nie pojedynczo, ale wespół-zespół, zupełnie jakby się zmawiały, jak ci dokuczyć. Np. masz niby leciutkie nadciśnienie, a już wysiada ci serce? Licz się z tym, że mogą wysiąść nerki. Cierpisz na jelita? Może wysiąść wątroba. I nie tylko. Bo tak naprawdę wszystko ze wszystkim jest powiązane, tylko tobie wydaje się, że jest inaczej.
Ale te różne dolegliwości ze strony różnych narządów to dopiero początek Twoich problemów.  Bo gdy już nie będziesz mógł pędzić i jednak stwierdzisz, że czas udać się do lekarza, by naprawił co nieco, to staniesz w kolejce. I to niejednej. Z sercem do kardiologa, z nerkami do nefrologa, z żołądkiem do gastrologa, z płucami do pulmonologa, z głową… w sumie to chyba bez głowy, bo gdybyś ją miał na karku, to nie dopuściłbyś do takiego stanu rzeczy, ale załóżmy, że z głową do neurologa lub do psychiatry, o ile odważysz się do niego pójść.
I po co ci to wszystko? Po co to chodzenie po lekarzach? Po nic, oczywiście. I podam ci co najmniej pięć powodów, dla których po doktorach chodzić nie warto:
#1 Strata czasu. 
Tak, chodzenie po doktorach to strata czasu. Po pierwsze musisz odstać w kolejce. Najpierw do lekarza pierwszego kontaktu. Jak masz fart, to dostaniesz się pierwszego dnia, jak niefart, to któregoś z następnych dni. Chyba, że masz zupełnego pecha i twoje niecierpiące zwłoki dolegliwości (ale jeszcze nie zwłoki, jeszcze trochę pożyjesz, by się pomęczyć) tak ci dokuczą, że zostanie ci nocna i świąteczna pomoc lekarska (nie daj Boże w długi weekend), w najgorszym wypadku SOR. Więc jak już któregoś z doktorów zaliczysz (bez skojarzeń, proszę) i nie zakwalifikujesz się jeszcze, by klapnąć na oddziale, to dostaniesz skierowanie do jakiegoś specjalisty. I tu znowu kolejka, w tej będzie już nieco spokojniej, bo potrwa parę miesięcy, może nawet lat. I znów, jak będziesz miał fart, to do tego specjalisty wreszcie doczekasz. I reszta już jest w jego rękach.
I pomyśl tylko, ile czasu mógłbyś zaoszczędzić? I przelicz go na to, na czym ci najbardziej zależy. Już w tym momencie powinieneś poczuć ukłucie w sercu z powodu poczucia straty. Ale to wciąż tylko początek.
#2 Strata pieniędzy.
Jeśli to, na czym ci najbardziej zależy, to kasa, to już wiesz, ile jej straciłeś na czekaniu w kolejce. Jeśli jednak nie chciało ci się czekać, to pewnie i tak straciłeś kasę, bo poszedłeś do doktora z prywatną wizytą, może nawet niejedną i do niejednego doktora, bo masz nie tylko serce. A jak już poszedłeś na „prywatną”, to pewnie i za badania przyszło ci jakieś zapłacić z własnej kieszeni. A to wpędza cię w błędne koło, bo żeby się teraz odkuć, musisz więcej pracować i znowu pędzisz, jedząc byle co i byle jak, niedosypiasz. I tak dalej…
#3 Strata zdrowia. 
Tak, chodzenie po doktorach, czekanie w kolejkach albo skracanie ich sobie, płacąc kasę, to strata zdrowia. Bo nic tak nie wykurza, jak marny wybór pomiędzy płaceniem za coś, co się należy albo czekaniem. Tak na marginesie, tylko w PRL „ogonek” miał charakter kulturalno-towarzyskich spotkań. Dziś najchętniej wszystkich przed tobą w kolejce wykopał byś w kosmos. A to oznacza, że przeżywasz stres, który jak wiadomo, nawet bez zbędnych badań naukowych, wpędza nas w choroby. Z powodu wkurzenia krew nas przecież zalewa, żółć nam się ulewa, gotowi jesteśmy dostać apopleksji lub – gdy końca ogonka nie widać albo dla odmiany widać tylko naszą pustą kieszeń – zapadamy na depresję.
#4 Strata życia. 
Ten punkt jest szczególnie dramatyczny, więc czytasz go na własną odpowiedzialność. Traktując stratę życia dosłownie, jako absolutny koniec ziemskiej egzystencji, możesz się go dochrapać na wiele sposobów. I tak, być może miałeś wyjątkowego pecha i stanąłeś w kolejce po „świadczenie zdrowotne” – cokolwiek by to miało znaczyć – która trwa wieki całe i zwyczajnie nie uda ci się doczekać na swoją wielką chwilę dostania się przed oblicze doktora.
A być może zapadłeś na tak głęboką depresję, że uznasz, iż jedynym słusznym rozwiązaniem jest decyzja udania się na Sąd Ostateczny w trybie przyśpieszonym. I takowąż podejmujesz. Tak czy siak przy okazji dasz zarobić na sobie jednemu z tych zakładów pogrzebowych „Lepsza przyszłość” czy „Szczęśliwość na wieki”, więc ktoś na tym zyska. To jednak jest marne pocieszenie.
#5 Strata możliwości. 
Dokładnie tak, bo jeśli na szczęście (może jesteś w czepku urodzony?) nie wpadłeś jeszcze w łapy doktora ostatniego kontaktu, to jednak na nieszczęście zacząłeś sobie zdawać sprawę, ile to straciłeś możliwości na tym, że musisz chodzić po doktorach.
Bo ileż to dużo ciekawszych, bardziej fascynujących, intrygujących, rozwijających (niepotrzebne skreślić, ale jestem przekonana, że nic nie skreślisz) rzeczy mógłbyś w tym czasie zrobić? Zapewniam, że bardzo, bardzo dużo. I niech ci już teraz będzie tego żal. I jeszcze ci dołożę. Wielu z nich już nie zrobisz, bo zwyczajnie nie będziesz mieć na to ani zdrowia, ani czasu, ani pieniędzy.
A dlaczego? Bo żyłeś szybko, w stresie, jedząc byle co i byle jak, niedosypiając, a w dodatku twoja aktywność fizyczna ograniczała się do klikania komputerową myszką lub, co gorsza, podnoszenia kieliszka z alkoholem… i tak dalej.
Czy musiało tak się stać? Szczególnie gdy jesteś jeszcze w kwiecie wieku? NIE! Gdybyś tylko żył inaczej. Po prostu zdrowiej, pamiętając każdego dnia o swoim DRESS, czyli dbając o dietę (D), ruch (R), emocje (E), seks (S) i sen (S).
Powiesz, że w dzisiejszych czasach to nie możliwe? To przeczytaj ten tekst jeszcze raz. A jak to nie pomoże, by – póki jeszcze pora – zmienić zdanie, to odpowiedz sobie na pytanie, czy chcesz tym konowałom, do których tak trudno jest się dostać, dawać na sobie zarabiać, a potem i tak iść do piachu? Sądzę, że nie. Więc zmień zdanie. I pomyśl też o profilaktyce.
A i my, konowały, ucieszymy się z tego, bo też nie będziemy musieli żyć szybko, nie spać na dyżurach, pędzić z poradni do poradni, by ratować twoje zdrowie, o które sam nie dbasz.
A przecież możesz. I to na co dzień.
Jak? O tym – może – w następnych odcinkach.
Filovera Septima
________________________
PS. Dla zdrowia wielce pożyteczne jest też poczucie humoru, więc… 🙂

Dodaj komentarz