Pytać, czy nie pytać? Oto jest pytanie!

„Potrzebuję do felietonu dowiedzieć się od Was, kochani tłiterowicze, czy w Waszych miastach, miasteczkach czy wsiach są jakieś oznaki wyraźniejszej, niż dotychczas obecności Żydów w Polsce. Proszę, piszcie pod tym tłitem Wasze obserwacje”.

Taki oto tłit zamieściłam wczoraj na swoim koncie. A skoro słowo się rzekło, to kobyłka musi być u płota i rzeczony felieton (?) napisałam. Od razu jednak powiem, dla kogo ten tekst nie jest, dając tym samym szansę, by nie marnować czasu i zająć się czytaniem czegoś innego.

Nie jest on dla tych, którzy sądzą, że będzie to jakiś manifest polityczny pod hasłem „niepodległość Polski a sprawa żydowska”. Nie jest on też dla tych, którzy oczekują iście pogłębionej analizy naukowej pod takim samym hasłem lub podobnym w swojej wymowie.

W takim razie, czy jeszcze ktoś z Czytelników mi został? Mimo wszystko mam nadzieję, że tak.

Zacznę od tego, że tłit ten wywołał dużo więcej odpowiedzi niż się spodziewałam, nieco innych pod względem treści niż myślałam, ale na jednym się nie zawiodłam. Wymowa niektórych komentarzy, zarówno publicznych, jak przesłanych na priv, świadczy o przekonaniu – choć oczywiście nie jestem w stanie stwierdzić, jak bardzo ono jest rozpowszechnione – że już samo zapytanie o Żydów, samo użycie przeze mnie tego słowa jest czymś absolutnie nie na miejscu, czymś obrazoburczym, godnym potępienia i usprawiedliwiającym nawymyślanie mi – najłagodniej od idiotek, a najostrzej – pozwolicie, że nie powtórzę.

Dlaczego tak jest? Chcąc krytykować innych, zacznę od siebie (tylko proszę nie imputować mi tu PRL-owskiej samokrytyki, towarzyszką nigdy nie byłam).  Być może odpowiedzi są takie, jak nakreśla ich zakres pytanie. A czego w takim razie ono dotyczyło? Oczywiście kluczową częścią pytania jest fragment „oznaki wyraźniejszej niż dotychczas obecności Żydów w Polsce”. I co ciekawe, choć jednak niezaskakujące, zdecydowana większość nieprzychylnych mi komentarzy poszła tropem, iż chodzi o „polowanie na Żydów”. Nikt, chyba że czegoś nie zauważyłam, nie wpadł na pomysł, że pytanie może dotyczyć całkowicie drugiej strony medalu – np. oznak obecności z powodu ożywienia turystycznego, wymiany gospodarczej czy kulturalnej pomiędzy Polską i Izraelem, co, biorąc pod uwagę politykę naszego rządu, nie jest niemożliwe i nie musi dotyczyć tylko Warszawy itd. Oczywiście, że w tym miejscu można mi zarzucić, iż moje pytanie było niedoprecyzowane lub nawet intencjonalne itd. Ok, jestem w stanie taką krytykę przyjąć, ale w takim razie dlaczego tak niewielu dopytało się, o co rzeczywiście mi chodzi? O jakie oznaki? Co mam na myśli?

Sądzę, że stało się tak dlatego, że zadziałał pewien stereotyp – kto pyta o Żydów, robi to w niecnym celu. To ten stereotyp spowodował z jednej strony odcięcie się komentujących od innych możliwych odpowiedzi, niż np. te, że jakoby nie pozwalam Żydom żyć w Polsce i zaklasyfikowanie mnie jako antysemitki. Ale to mogę potraktować w kategoriach dopuszczalnych w dyskusji negatywnych opinii i ani się o to nie obrażam, ani nie złoszczę.

A jednak ten stereotyp ma znacznie groźniejszy wydźwięk, niż tylko pokazanie mi, co ktoś o mnie myśli, bo tym mogę, ale nie muszę się przejąć. Mianowicie jego rzeczywista siła oddziaływania tkwi w tym, że jest narzędziem społecznej cenzury nie tylko poglądów, ale i pytań. Po prostu mam nie pytać i już. A ja się pytam – dlaczego? Dlaczego mam nie zadawać pytań np. na temat Żydów, a traktując problem szerszej, na inne tematy, które być może jakieś grupy chciałyby, z różnych powodów, traktować jako niepodlegające żadnej dyskusji?

Bo kto pyta, to znaczy, że chce się czegoś dowiedzieć, a choćby nawet błądził swoim pytaniem, to dostając odpowiedź, ma szansę wyjść z błędu. Kto pyta, ten docieka, kto pyta, to znaczy, że się jakimś zjawiskom przygląda. I kto pyta, to wreszcie może znaleźć odpowiedź i wcale nie taką, do jakiej chcieliby przekonać go różni kreatorzy rzeczywistości. Kto pyta staje się problem, a wtedy wprowadza się embargo na pewne pytania – uruchamiana jest się swego rodzaju cenzura, a ze strachu przed ośmieszeniem, ostracyzmem, czy wręcz sponiewieraniem nawet autocenzura w zakresie tego, o co pytamy oraz knebel, bo w ogóle śmiemy pytać.

Ten nacisk na „nie pytanie” jest niebezpieczny, gdyż wyłączając z publicznej dyskusji pewne tematy, o które „nie wolno” pytać, pozbawia człowieka jakiegokolwiek poczucia wpływu na otoczenie, czyni z człowieka tylko i wyłącznie konsumentem cudzych opinii i poglądów, rezonatorem propagandowych haseł, bezrefleksyjną istotą, którą, co jest truizmem, można łatwiej manipulować, nic nieznaczącą częścią wielkiej masy podobnych mu w braku poglądów ludzi.

I to mi nie odpowiada, choć pewnie też nie zawsze jestem od tego wolna – czasem z lenistwa, czasem, a jakże, właśnie z obawy. Oswajam ją, zadając pytania.

No cóż, miałam napisać felieton, a wyszedł dość refleksyjny tekst, który – jak mogłoby się wydawać – powinien być o oznakach obecności Żydów w Polsce, a w rzeczywistości jest o swobodzie zadawania pytań, czyli o wolności słowa. Ale do takiej zmiany formy i treści doprowadziły właśnie odpowiedzi na moje pytanie w tłicie. Spodziewałam się jednych, dostałam inne i nie mogłam ich zbyć milczeniem.