Reklama zdrowia doda?
Historia zdrowia i medycyny

Reklama zdrowia doda?

Łysiejący, słabi, bladzi, z cuchnącym oddechem, kaszlący ostro lub przewlekle, z bólami głowy, stawów, żołądka i wszelkich innych części ciała. Ci z obstrukcją, hemoroidami i liszajem, osłabieni i znerwicowani – wszelacy nieszczęśnicy cierpiący na przeróżne niedomagania ciała i duszy – już w latach 20. XX w. mogli znaleźć rozwiązanie swoich problemów. Jak? Wystarczyło, aby nabyli jeden z tych cudownych preparatów, które zachwalała reklama na łamach polskiej prasy codziennej II RP.

Rynek prasowej reklamy medycznej przeżywał rozkwit i miał się dobrze nawet w czasach kryzysu gospodarczego. Jednakże początków reklamy medykamentów w Polsce można się doszukiwać znaczniej wcześniej, bo już w XVIII w. Wówczas to na łamach „Gazety Warszawskiej” zaczęły się ukazywać wiadomości o leczeniu różnych chorób. Ale na reklamowy bum trzeba było jednak jeszcze trochę poczekać.

Początek koniunktury zaczął się pod koniec XIX w. wraz z rozwojem prasy oraz rynku farmaceutyków. Już wówczas nie było praktycznie dziennika, który nie zamieszczałaby reklam leków, paraleków, środków do pielęgnacji ciała o charakterze leczniczym, czy środków spożywczych o właściwościach zdrowotnych.

Reklama medykamentów w II RP

Pod względem wizualnym była ona jeszcze dość skromna. Aż do lat 30. XX w. większość reklam była czarno-biała i oparta na tekście, z rzadka tylko ilustrowana słabej jakości zdjęciem, nieco częściej jakimś rysunkiem. To powodowało, że kluczowe znaczenie w jej oddziaływaniu była treść i hasło reklamowe.

Czyż nie brzmi mocno zachęcająco slogan: „Motor przywraca siły!”, reklamujący Tincturę Ferii-Motofer – popularny w latach 20. XX w. specyfik na osłabienie? Kto wie, może i dziś ten slogan mógłby kojarzyć się pozytywnie, np. z… Ferrari, i skutecznie zachęcać do kupienia stawiającej na nogi tinktury?

Potencjalnych nabywców medykamentów na wszelkie problemy ze zdrowiem próbowano przekonać do zakupu na różne sposoby.

W reklamie odwoływano się do wyjątkowej skuteczności, szybkości działania i niezawodności specyfiku, podkreślając tym samym jego cudowny wręcz charakter. A jeśli nie cudowny, to na pewno mający naukowe oparcie w medycznych autorytetach, które – dając swoje nazwisko – budowały zaufanie do marki.

W reklamach odwoływano się też do obaw zawiązanych chorobą i jej objawami. Wówczas to reklama miała dawać przede wszystkim nadzieję na pozbycie meczących, często krępujących i odbierających chęć do życia dolegliwości, a najlepiej także przekonującą obietnicę na całkowite wyleczenie.

Proszki, tinktury, pastylki… ach ta reklama!

Przeglądając codziennie swoją ulubioną gazetę i czytając uważnie reklamy, każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Miliony dolarów nic nie pomogą, gdy włosy wypadają i człowiekowi zagraża łysina. Jednym ratunkiem na to jest natychmiastowe zastosowanie wypróbowanego płynu „Mixta”, który odżywia i wzmacnia cebulki włosowe” – zachęcano do zakupu łysiejących.

Światowe powagi lekarskie zalecają dla diabetyków ze wszystkich koniaków jedynie Koniak Boulestin” – przekonywano cukrzyków.

Ile dni ma rok, tyle cierpień musi przebyć chory na nerwy człowiek. Kłujące, rwące bóle, zawroty głowy, uczucie lęku, całkowite lub połowiczne bóle głowy, szum w uszach, migotanie w oczach, zaburzenia w trawieniu, bezsenności, nadmierne pocenie się, kurcz mięśni, niezdolność do pracy i wiele innych objawów – oto skutki słabych i wycieńczonych nerwów. W jaki sposób pozbyć się tego nieszczęścia? Za pomocą prawdziwego Kola-Lecithin, który stał się źródłem dobroczynnym dla ludzkości” – zapewniano nerwicowców.

I nie tylko ich, i nie tylko na te przypadłości.

Reklama dla zdrowiaPrzeciw gruźlicy, astmie i cierpieniom dróg oddechowych skuteczny miał być Moniopnol-Glob. Na wszelkie cierpienia płucne, jeśli nawet nie daj Boże ktoś powiedział, że nieuleczalne, zawsze miały pomóc Granulki Russyana, „znane lekarzom ze swej skuteczności”.

Na mniej groźne przypadłości oddechowe – zwykłe przeziębienie, katar, gorączkę hiszpańską, czyli zwykłą influenzę – należało zażyć Calcisal-Spiess, „niezbędny środek w apteczce domowej dla dorosłych i dzieci”.

Reumatyzm i wszelkie nerwobóle leczył Universal. Na liszaj, egzemy i łuszczycę skuteczny był Hebrolin. Na bóle głowy dobrze było zażyć Proszek-Glob. A to wszystko – jak głosiła reklama w „Głosie Porannym” – można było kupić w Laboratorium przy Aptece dr farm. St. Trawkowskiej.

Gdyby jednak ktoś miał podagrę lub arteriosklerozę i torturowany był bólami z powodu zatrucia kwasem moczowym – koniecznie powinien przyjmować Urodonal, który bezpowrotnie go rozpuszczał.

Na upławy, rzeżączkę i „zatrzymanie regularności” skuteczne miały być Zioła Lecznicze, a we wszelkich chorobach kobiecych dr Ginzburg polecał elektryczność i masaż.

Jeśli jednak problem był bardziej złożony i nieszczęśniczka cierpiała na blednicę, niedokrwistość, skrofuły i nerwy, najlepiej jednocześnie, powinna zastosować Hematogen-Lek. Preparat ten miał mieć też te korzystne właściwości, że poprawiał cerę, pobudzał apetyt, wzmacniał, a do tego nie psuł zębów.

Te, co prawda, u znacznej części ówczesnego społeczeństwa i tak były zepsute, ale stosując pastę Colgate, te zdrowsze mogły nabrać „śnieżnego połysku pod wpływem tej przenikającej piany, która likwiduje także niemiły zapach z ust”.

Do dbałości o zęby szczególnie zachęcano kobiety, reklamując znany już na początku XX w. preparat do płukania jamy ustnej Kosmin. „Piękne usta kobiece dają piękny widok” – tak zaczynała się jego reklama. I dalej przekonywała:

Piękność ust jednak zawisła jest w znacznej części od zachowania zdrowych zębów. Należy się tedy przyzwyczaić do codziennych płukań ust Kosminem, gdyż przez to osiąga się pewnie utrzymanie ust i zębów zdrowo i pięknie”.

Kosmin był ponoć szczególnie skuteczny w niwelowaniu przykrytej, głównie dla otoczenia, przypadłości – „cuchnienia z ust”.

Ale niektórym osobnikom płci wszelakiej nie tylko z ust wydobywała się niemiła dla nosa woń. Bywało, że zalatywało od nich także spod pach, czy z nóg. Ale i na to było lekarstwo – cudowny Sudoryn – „jedyny i wypróbowany środek usuwający ją bezpowrotnie wraz z potem”.

Obstrukcja – poważny problem. Reklama go rozwiąże i nie tylko ten

Przeglądając dawne reklamy, można by sądzić, że dużym problemem były wszelkie dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego, a w szczególności obstrukcja. Pewnie nie sposób było czytelnikowi ulubionej gazety przejść obojętnie wobec reklamy, która zaczynała się dramatycznym wezwaniem:

Ratujcie zdrowie! Najsłynniejsze światowe powagi lekarskie stwierdziły, że 75 proc. chorób powstaje z powodu obstrukcji”.

I dalej, po krótkim wyjaśnieniu, dlaczego tak się dzieje, przerażony wizją chorób wszelakich dostawał prostą receptę – aby im zapobiec należało regularne przyjmować znane od 45 lat Zioła z Gór Harcu dra Lauera.

Poza wywołaniem lęku, niebagatelną rolę w promocji tej marki odgrywało także powoływanie się w reklamie na autorytet sław medycznych – samych profesorów z Berlina oraz nagrody, jakie preparat ten miał uzyskać na wielu wystawach lekarskich w Paryżu, Wiedniu czy Londynie.

Reklama zdrowia doda?Jakby tego było mało, w reklamie odwoływano się także do licznych listów od zadowolonych pacjentów, jakie swego czasu miał otrzymywać dr Lauer w podziękowaniu za opracowanie receptury tychże Ziół. Jak wynikało z reklamy, miały one wielką moc. Nie tylko w uwalnianiu od dokuczliwej obstrukcję, ale też, oczyszczając krew, pomagać miały w reumatyzmie, artretyzmie, hemoroidach, chorobach nerek, a nawet w liszaju.

Jeśli jednak komuś nie odpowiadały z różnych przyczyn Zioła dra Laurea, mógł przyjmować Cascarine-Leprince, który leczył „przyczyny i skutki obstrukcji”. Gdyby jednak ten preparat okazał się za słaby, należało wziąć, paryskie oczywiście, pigułki dra Cauvin’a, dzięki którym „już bardzo dużo osób polepszyło swoje zdrowie”. Miały one regulować czynność kiszek, a czyszcząc je prawie z siłą wodospadu, zawsze przynosić ulgę.

Czasem wybór preparatu na obstrukcję mógł zależeć od zdiagnozowanej przyczyny. Jeśli powodem były kamienie żółciowe, zawsze skuteczna miała być Cholekinaza H. Niemojewskiego. To ona miała także nieść ulgę w bólach w dołku podsercowym, kwaśnym odbijaniu, wzdęciach i zapobiegać atakom kolki wątrobowej, jako że – jak głosiła reklama – „zmiękcza i usuwa bez bólów kamienie żółciowe”.

Uniwersalnym środkiem zaradczym była woda gorzka Franciszka-Józefa. Jak głosiła reklama:

Przy dolegliwościach żołądkowo-kiszkowych, braku apetytu, atonii kiszek, wzdęciach, zgadze, odbijankach, ogólnym rozdrażnieniu, bólach głowy, migrenach, zastosowanie 1-2 szklanek naturalnej wody gorzkiej Franciszka-Józefa wywołuje doskonałe opróżnienie przewodu pokarmowego. Opinie szpitalne wykazują, że nawet obłożnie chorzy chętnie biorą wodę Franciszka-Józefa i czują potem znaczną ulgę”.

Gdy jednak powodem cierpienia były groźne napady epileptyczne, skuteczny miał być preparat o nawie Epilepsin-Species, będący wyjątkowym połączeniem związków mineralnych z wyciągami roślinnymi. Jak głosiła reklama, „Epilepsin-Species zmniejsza chorobliwą pobudliwość mózgu, a przez to podnosi na duchu chorego”.

Specyfik ten miał stanowić konkurencję dla leków opartych na bromie, wskazywanych jako bardziej szkodliwe i mniej skuteczne. Co prawda nazwa ich nie została wprost wymieniona, ale niewątpliwie reklama Epilepsinu może stanowić przykład reklamy negatywnej.

Reklama – coś na męską neurastenię…

A co, jeśli jednak czytelnik gazety nie miał ani obstrukcji, ani epilepsji, ale był zapracowanym mężczyzną w sile wieku, żyjącym w pośpiechu i permanentnym stresie?

On też mógł znaleźć coś dla siebie! Szczególnie, jeśli trapiła go bezsenność, rozbieżność myśli, zaniki pamięci, ucisk na głowę, uderzenia krwi i nadmierna pobudliwość. Diagnoza była wówczas prosta i okrutna zarazem – przedwczesna neurastenia mężczyzn, która za dnia nie dawała pracować w skupieniu, a nocą rzucała cień na pożycie małżeńskie.

Jedynym ratunkiem (także dla małżeństwa) na nerwy i niemoc płciową zarazem mogła być Muiracithina Aleksandra. Ten łagodny, ale nad wyraz skuteczny środek wzmacniający męskie siły, zawierał egzotyczny ekstrakt muirapuamy – rośliny z amazońskich lasów. Oczywiście Muiracithina zalecana była, a jakże, przez poważne autorytety medyczne – wielkich profesorów z Berlina, Paryża, Zurychu. Czyżby wypróbowali ją na sobie?

Gdy te wszystkie medykamenty, i wiele innych, nie pomagały na rozliczne i mniej czy bardzo dokuczliwe dolegliwości, zawsze można było wyjechać do wód, by zażyć sanatoryjnych przyjemności – i dla ciała, i dla ducha.

A jeśli kogoś nie było jednak stać ani na cudowne specyfiki, ani na wyjazd do uzdrowiska, ani na doktora?

Wówczas mógł kupić tanie i dostępne w każdej aptece proszki dla dorosłych Kogutek, które usuwały najuporczywszy ból głowy.

Także ten od nadmiaru reklamy.

 


Tekst najpierw ukazał się w 2017 r. w czasopiśmie “Służba Zdrowia”.

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, blogerka, pisarka.

%d bloggers like this: