Wybory za nami, ale w Łódzkiem walka o marszałka trwa

Gorący czas wyborczy za nami, a teraz jeszcze bardziej gorący okres powyborczy. Co prawda nie dla nas, zwykłych żuczków, bo my, wyborcy, teraz to możemy sobie co najwyżej pomachać palcem w dziurawym bucie, ale dla wybranych (dosłownie i w przenośni), którzy układają się na nowych stanowiskach albo jeszcze się bronią, jak tylko mogą, przed odcięciem odżywczego tlenu – kasy.

Tak to się teraz dzieje w sejmiku województwa łódzkiego. Właśnie dziś radni PSL, wielkiego przegranego tych wyborów w Łódzkiem, stwierdzili, że wybór marszałka, którym został nominat PiS, odbył się niezgodnie z prawem. I czymże to radni spod „szczęśliwej” koniczyny argumentują? Ano tym, że przed wyborem tegoż marszałka powinni byli dostać projekt uchwały w tej sprawie, a takowego ponoć nie otrzymali, co ma stanowić uchybie formalne, tj. naruszenie statutu i regulaminu województwa łódzkiego.

Na twierdzeniach tych oczywiście nie poprzestali, bo nie po słowach, lecz po czynach ich poznacie. I zrobili krok do przodu – złożyli do wojewody łódzkiego wniosek o zbadanie tej sytuacji pod względem prawnym, a w zasadzie od uchylenie uchwały o wyborze marszałka, tak by mogło odbyć się nowe głosowanie.

Krok PSL-owców jest w sumie niezły, bo jako że chłopy mają dobrą pamięć, więc od razu przypomnieli temuż wojewodzie – gdyby mu się chciało coś tam zapomnieć – że kiedyś już zachował się jak się patrzy. Mianowicie kilkanaście miesięcy temu był odwoływany przewodniczący komisji rolnictwa i wtedy też nie dostarczono projektu uchwały. I co zrobił wojewoda? Ano uchylił uchwałę o odwołaniu przewodniczącego. Według szefa klubu radnych PSL Marka Mazura dziś sprawa z marszałkiem to sytuacja bardzo podobna. No, a przecież wiadomo, że w podobnej sytuacji trzeba zachować się podobnie. Aby też nie zostawić cienia wątpliwości, że peeselowcy przyjmą od wojewody odpowiedź odmowną, radni od razu mu zapowiedzieli, że jeśli ten nie będzie interweniował, to odwołają się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. No, a tu może być rzeczywiście różnie. Nie daj Boże, dla wojewody i PiS-u oczywiście, aby trafił się jakiś skład sędziowski w konstytucyjnych koszulkach.

Być może dlatego – przynajmniej na razie – wojewoda przezornie nie komentuje sprawy i myśli. A może także dlatego, że niedawno doświadczył, iż milczenie jest jednak złotem, i w polityce czasem lepiej od razu działać niż zapowiadać, że coś się zrobi, szczególnie gdy po szumnych zapowiedziach tego się nie robi, jak w przypadku prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej.

Ale teraz spróbujmy się przyjrzeć, o co dokładniej kaman „koniczynkom” w przypadku wyboru marszałka i nakreślmy sytuację.

Łódzki sejmik liczy 33 radnych, z tego PiS ma 17 szabel, KO – 12 pukawek, a PSL – 4 kosy, co oznacza, że PiS stosunkiem 17:16 przejął władzę. A to pociąga za sobą ostre cięcia, czyli zmiany na kluczowych stanowiskach, zarówno w sejmiku, jak i w zarządzie. Ten jeszcze do niedawna był zdominowany przez koalicję PO-PSL, więc gdy na stołkach zaczęli mościć się już inni, to zapewne pojawił ból pewnej części ciała pozbawionej wygodnego siedzenia i szczególne wyczulenie na kwestie formalne. Wyboru nowego zarządu dokonano 22 listopada, tj. w ubiegły czwartek, podczas pierwszej sesji sejmiku. Marszałkiem województwa został rekomendowany przez Komitet Polityczny PiS, poseł i sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Grzegorz Schreiber. Jak  ćwierkały ptaszki, jego wybór poprzedzony był pewnym rozhuśtaniem nastrojów wśród radnych PiS. Ponoć aż siedmiu nie chciało się zgodzić na tę kandydaturę, którą traktowali jako narzuconą i mówiło się nawet, że szykuje się rokosz. A wtedy PiS, choć wygrało, byłoby przegranym, bo nie byliby w stanie stworzyć stabilnej większości. Choć do tego nie doszło, to z tą stabilną większością i tak nie przesadzajmy, bo tylko jeden głos więcej, to zero pola manewru przy głosowaniach i wiele napięć przy układankach. A to widać, słychać i czuć.

Na co gra PSL?

Moim zdaniem na przechył. Bo jeśli dojdzie do ponownego głosowania nad marszałkiem, to wynik, że zostanie nim znów Schreiber nie jest pewny. Niektórzy w PiS nadal są niezadowoleni z wyników układanki, w tym ze składu zarządu, który – poza marszałkiem – wygląda tak: radni PiS Grzegorz Wojciechowski i Zbigniew Ziemba są wicemarszałkami, a politycy Zjednoczonej Prawicy – Robert Baryła (Solidarna Polska) i Andrzej Górczyński (Porozumienie) są członkami zarządu. Trochę więcej mogą powiedzieć wyniki głosownia: Wojciechowski otrzymał 17, a Ziemba – 16 głosów poparcia, jeden głos był nieważny. W wyborze na członków zarządu Baryła z dostał 18 głosów za (czyli jeden ze strony opozycji), 14 przeciw i jeden wstrzymujący się – a tym samym jego wynik jest najlepszy (warto to zapamiętać!), a Górczyński 17 głosów za i 16 przeciw, czyli zgodnie z rozkładem sił w sejmiku. Ale co ciekawe, obaj nie są radnymi sejmiku i w tym dla wielu pisowskich szabel jest problem. Bo ci, co ciężko pracowali na wynik wyborczy, a teraz grzeją „tylko” ławy rajców, czują się wyautowani. Mówiąc krótko, kilku z nich miało nadzieję, że zasiądą w zarządzie. No cóż, to rzeczywiście może rodzić frustrację, a ta prowadzi czasem do różnych ruchów. Nie zawsze we właściwym kierunku.

PSL, składając do wojewody wiosek o uchylenie uchwały w sprawie wyboru marszałka, gra więc na jego ponowny wybór i liczy, że przez ten czas nastąpi rozhuśtanie frustracji.

Sprawy pilnuje jednak sam Antonii Macierewicz i rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska, którzy byli na pierwszej sesji sejmiku podczas wyboru marszałka. Natomiast w tę środę zebrał się zarząd i dokonał podziału zadań między siebie i już dziś wiadomo, kto i co nadzoruje i jakimi sprawami się zajmuje. Na razie. Bo teraz ruch należy do wojewody łódzkiego prof. Zbigniewa Rau.

No cóż, okazuje się, że tak jak wszystkie drogi wiodą do Rzymu, tak w Łodzi skupiają się na jednej osobie dwie trudne decyzje o dalekosiężnych skutkach. Albowiem wojewoda ma teraz aż dwa ruchy, zarówno w sprawie prezydent Łodzi, jak i marszałka województwa. Aż chciałoby się krzyknąć – tyle władzy w jednym ręku, nic, tylko pomarzyć! Krzyknąć można, oby się tylko nie zachłysnąć, bo tchu zabraknie. I Zdanowska zostanie, a marszałek odejdzie, szczególnie gdy przewaga PiS w sejmiku tylko na jednym głosie wisi (może tym, który był nieważny, a może jeszcze innym?). Bo co to będzie, jak w centrum Polski wypłynie nowy Kałuża i nastąpi przepływ, z tym że w przeciwnym kierunku, niż na jakimś tam Śląsku?

No, może być wówczas wielki kolaps pod ciężarem niezaspokojonych ambicji.

Dodaj komentarz