Żółte karteczki. Przepis na życie bez pamięci
Varia

Żółte karteczki. Przepis na życie bez pamięci

Mamo, to ja, wróciłam! – woła pani Anna już od progu, by dać znać, że to ona, córka, a nie ktoś obcy. A to ważne. Jej matka, Stefania, boi się obcych. Albo bliskich, których czasem już nie poznaje. I ze strachu potrafi wtedy rzucić się na oślep do ucieczki. To dlatego kilka miesięcy temu po raz pierwszy wylądowała w szpitalu. pamięci

A było to tak. Anna po pracy odwiedziła matkę. Choć ta powinna być w domu, nikt nie odpowiadał na pukanie. Anna otworzyła więc drzwi swoim kluczem i aż podskoczyła. W przedpokoju stała matka, która nagle z krzykiem zaczęła uciekać do pokoju. Potknęła się jednak o dywan i upadła. Pechowo. Złamanie kości przedramienia goiło się długo, pojawiły się powikłania.

I wtedy też, w szpitalu, okazało się to najgorsze. – Pani mama ma Alzheimera – powiedział lekarz, a Annie zawalił się świat. Bo jak teraz da sobie radę z pracą na półtora etatu, problemami z synem i opieką nad matką?

Bez pamięci

Pani Stefania ma 76 lat, Annę urodziła późno, bo przed czterdziestką. Całe życie pracowała w jednym zakładzie. Jeszcze do niedawna cieszyła się dobrym zdrowiem, mieszkała sama, od 15 lat była wdową. Robiła zakupy, sprzątała, gotowała, czytała książki, chodziła na spacery, spotykała się z koleżankami. Ot, spokojne życie emerytki.

To, że coś dzieje się niedobrego, Anna zauważyła rok temu. Matka, dotąd dbająca o siebie i chętnie wychodząca z domu, zaczęła się zaniedbywać. Jakby przestało jej zależeć. Bywało, że nie odbierała telefonów, przez co Anna musiała przyjeżdżać do niej, by sprawdzić, czy coś stało. Często też była zamyślona i jakby nieobecna, by potem, przez jakiś czas tryskać jak dawniej energią i znów zamknąć się w sobie. Jak na huśtawce. Góra, dół.

A do tego zaczęła zapominać. A to nie pamiętała, czy coś jadła, a to gdzie położyła pieniądze, czy klucze do mieszkania. Anna pocieszała matkę, że ona, choć dużo młodsza, też często zapomina, gdzie i co kładzie. – Widać mam to jednak po tobie – mówiła, przytulając matkę, gdy ta, nie mogąc sobie przypomnieć jak się nazywa „to coś, co się zakłada do spania”, zaczynała płakać. I choć czuła się coraz gorzej, do lekarza jednak iść nie chciała. Jakby bała się, co może usłyszeć. Bo co nie nazwane, nie istnieje.

Pomysł na karteczki

Od rozpoznania u matki Alzheimera upłynęło kilka miesięcy. Niestety, choroba postępuje szybko. Anna musiała zamieszkać z mamą i zacząć pisać. Nie, nie książkę, nie pamiętnik, na to nie ma ani siły, ani czasu. Zaczęła pisać przypominajki. Tak to nazywa – przypominajki. – Ładnie brzmi, jak niezapominajki – mówi Anna.

I zakwitło mieszkanie na żółto karteczkami różnej wielkości. Zapisane wyraźnym, równym pismem Anny i przyklejone do szafek, szuflad, drzwi, luster, pojemników na żywność są wszędzie i znaczą wszystko. Np. „KAWA – brązowy proszek, który zalewa się wrzątkiem, abyś mogła się napić swojego ulubionego napoju. Wsyp łyżeczkę do kubka i zalej”. Albo „TELEFON – jeśli potrzebujesz pomocy, podnieś słuchawkę i zadzwoń do mnie na ten numer”.

Mieszkanie wygląda więc jak niedokończona wydzieranka albo mapa. Karteczki znaczą drogę do kuchni i łazienki, opisują przedmioty i niczym etykiety nadają im znaczenie, wskazują, co z nimi zrobić i jak ich użyć – niczym instrukcje obsługi. – Chcę, by mama, gdy na tych kilka godzin zostaje sama, bo muszę pracować, miała jakieś poczucie, że może sobie dać radę. Przeczyta karteczkę i choć przez chwilę wie, co zrobić – tłumaczy Anna i spogląda na matkę. – To taki nasz przepis na życie bez pamięci – dodaje. – A co będzie dalej, nie wiem.

Niszczyciel Alzheimer

Takich osób, jak Stefania jest wiele. W Polsce na chorobę Alzheimera choruje już prawie 400 tys. Jej objawy to zaburzenia pamięci wpływające negatywnie na codzienne życie, trudności w wykonywaniu zwykłych czynności i w nazywaniu przedmiotów, gubienie się nawet w znanych sobie wcześniej miejscach. Do tego zmiany nastroju i zachowania oraz utrata zainteresowania dotychczas ulubionym zajęciem lub hobby, co może sugerować depresję.

Choroba ma różnych przebieg – od powolnego, trwającego latami schorzenia, do szybko postępującego. I ostatecznie prowadzi do śmierci. Ale po drodze jeszcze zbiera żniwo. Chorym niszczy pamięć, ich bliskim – opiekującemu się współmałżonkowi lub dzieciom – zabiera wolność.

I wielu sobie z tym nie radzi. Chcieliby pomóc, ale nie wiedzą jak. I muszą przeorganizować swoje życie, podporządkować je potrzebom chorej matki czy ojca. Kochają ich i ich nienawidzą zarazem. I siebie, że takie żywią do nich uczucia. Z bezsilności, osamotnienia w problemie, z niedowierzania, że jeszcze nie tak dawno ta kochana mama cieszyła się na widok córki, a teraz jej nawet nie rozpoznaje. Nawet z domu wyrzuca, jak intruza.

A potem jest jeszcze gorzej, trzeba tę matkę czy ojca – swoich, a jakby już obcych – karmić, myć, zmieniać pampersy. I czasem nie dają rady. Wypaleni – podrzucają matkę lub ojca do szpitala. Byle choć przez chwilę ktoś inny się nimi zajął.

Ilu z nas rzuci teraz kamieniem? I właśnie na ten problem niezrozumienia trudnej sytuacji opiekunów osób chorych, m.in. na Alzheimera, zwrócił uwagę lek. Robert Bywalec, którego list do redakcji pt. “Okiem geriatry” został opublikowany w „Gazecie Lekarskiej” (Nr IV, 2019).

Doktor pisze tak:

„Proszę mi wierzyć, nawet najbardziej kochający współmałżonek, syn czy córka ulegają w takiej sytuacji zespołowi wypalenia opiekuna. Czy z tej perspektywy nieakceptowane przez nas zachowania opiekunów można potraktować jako akt rozpaczy człowieka przemęczonego, osamotnionego i niezrozumianego? Czy życie jest czarno-białe, a odpowiedzi zawsze proste? Pozostawiam państwa z tą refleksją”.

A ja się to tego przyłączam.

 


 

Czy macie swoje doświadczenia w opiece nad bliskimi z chorobą Alzheimera? Czego Wam brakowało? Co można by zrobić, aby opiekunowie lepiej radzili sobie z wypaleniem i opieką nad chorym bliskim? Napiszcie, proszę. 

 


Łodzianka, lekarz, dziennikarz, blogerka, pisarka.

%d bloggers like this: